Hej Płaczolina!

Płaczolina w Wielkim Świecie

Wpisy

  • piątek, 31 stycznia 2014
    • Niki Lauda i nieśmiertelny pieszy

      Jak dobrze to znamy. Jadą w podrasowanych, starych beemkach, w wypasionych furach których cena przyprawia o zawrót głowy, w słabszych, ale udających wypasione, w starych, ale niby jarych samochodach. Jadą szybko, w ich mniemaniu dynamicznie, w rzeczywistości nieostrożnie, chaotycznie i nieumiejętnie. Widzą w siebie królów szos, nie zauważając, że często brak kolizji zawdzięczają innym, bardziej rozważnym kierowcom.

       

      Leczą kompleksy. A to kryzys wieku średniego, a to trzeba odreagować zbyt niski szczebel w korporacyjnej hierarchii dziobania, a to trzeba się w końcu poczuć męsko choć na drodze, bo w domu się nie da. Zajeżdżają drogę, zmieniają pas bez kierunkowskazu, lub włączając go na pół sekundy, gdy już prawie manewr jest skończony. Jadą na "późnym żółtym" lub "wczesnym czerwonym". Hamują gwałtownie, z piskiem opon. Siedzą nonszalancko rozwaleni na fotelu samochodowym. Półbogowie, mistrzowie kierownicy, lepsi niż Niki Lauda.

       

      Narzekają na motocyklistów nie biorąc pod uwagę, że sami są większym zagrożeniem na drodze. Nikt nigdy nie jest im w stanie pokazać, że po prostu nie potrafią jeździć.

       

      Uważają się za nieśmiertelnych. Tak jak ten dzisiejszy, który szedł środkiem jezdni, na nieoświetlonej, zaśnieżonej drodze, ubrany na czarno-granatowo, bez żadnych odblaskowych elementów. Albo ten, który na bardzo ostrym zakręcie jechał środkiem jezdni na wózku inwalidzkim. Czy też ten, który przebiegał przez Puławską w miejscu, gdzie nie ma przejścia dla pieszych a samochody jadą z dużą prędkością. Ubrany oczywiście w ciemne kolory.

       

      Przebiegają w miejscach, gdzie nie ma przejść dla pieszych, a samochody pędzą nie spodziewając się ludzi na drodze. Przechodzą przez pasy, gdy mają czerwone. Wchodzą na ulicę na kilka metrów przed pędzącym samochodem, nie biorąc pod uwagę, że zatrzymanie samochodu zależy nie tylko od dobrej woli kierowcy, ale też jego refleksu, spostrzegawczości, warunków atmosferycznych. Ich przecież śmierć nie dotyczy.

       

      Najgorsze gdy tych dwoje spotka się na drodze

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Niki Lauda i nieśmiertelny pieszy”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      hej_placzolina
      Czas publikacji:
      piątek, 31 stycznia 2014 20:15
  • czwartek, 30 stycznia 2014
    • Mając pracę dajesz pracę

      Kiedyś w poczytnym tygodniku (bodajże "Wprost' o ile dobrze pamiętam) zamieszczony był artykuł, który grzmiał, że oto polskie kobiety w imię - tfu! - równouprawnienia zrzucają swoje obowiązki na sprzątające Ukrainki/ inne Polki.

      Nie będę się rozpisywała nad dwoma kwestiami, napiszę więc o nich tylko kilka słów, zanim przejdę do meritum. Otóż po pierwsze, czy w imię równouprawnienia to jest dyskusyjne. Bo z jednej strony zamiast podzielić obowiązki z partnerem, po prostu wynajmują kogoś, kto zrobi to za nie, a z drugiej strony jednak odciążenie kobiet od obowiązków domowych pomaga im skupić się na innych aspektach życia i zmniejsza pewne dysproporcje między płciami. Po drugie, istnieje cała rzesza ludzi (chciałoby się napisać mężczyzn, ale niestety kobiety też się tam znajdują) która najchętniej zamknęłaby kobiety w domu, niezależnie od tego, czy chcą tego czy nie. Boją się kobiet wyzwolonych spod przekonania że "kobieta musi" jak ognia. Nie daj Boże taka jedna z drugą zrobi dokładnie to, czego chce, ze swoim życiem i porządek na świecie będzie zachwiany. No jak żyć, wtedy, jak żyć?

       

      Ostatnio rozmowa ze znajoma przypomniała mi ten temat. I skłoniła do tego, żeby przedstawić go w zupełnie innej odsłonie.

      Niektórym wynajmowanie kogoś do sprzątania kojarzy się z zadzieraniem nosa i udawaniem szlachty, która posiada służbę. Nie wiem jakie kompleksy to powodują. W moim odczuciu sprzątanie to po prostu praca. Moja koleżanka utrzymywała się tak na studiach (SGH). Dziewczyna, która u mnie sprząta pracuje normalnie na etacie i dorabia w ten sposób, oszczędzając zarobione pieniądze.

      Ale tak naprawdę nie o tym chciałam napisać (jak na razie ten tekst składa się z samych dygresji, hmmm..., przepraszam polonistów to czytających:-).

      Otóż żebym ja, lub tez inne osoby, mogły dać komuś pracę, musi ich być na to stać. Jeżeli po zaspokojeniu podstawowych potrzeb i opłaceniu rachunków przeciętnemu Kowalskiemu zostanie w portfelu trochę grosza ma on dwie opcje; albo oszczędzi, albo wyda.

      Załóżmy dla utrudnienia, że na początku oszczędza. Ale po przekroczeniu pewnego progu oszczędności, który zapewni Kowalskiemu bezpieczeństwo, zaczyna wydawać. A to zrobi sobie prezent i pójdzie do baru z kumplami albo do kosmetyczki (choć to bardziej gdy jest Kowalską, nie Kowalskim :-). W ten sposób da zarobić właścicielowi baru i właścicielowi salonu kosmetycznego. Jeżeli takich Kowalskich będą dziesiątki, może okazać się, że właściciel baru musi zatrudnić kolejnego barmana, bo jeden nie nadąża z nalewaniem piwa. Właściciel salonu piękności zatrudnia kolejną kosmetyczkę i jeszcze manicurzystkę, bo klientki non stop o to pytają.

       

      Idźmy dalej tym tokiem. Spadają podatki, Kowalscy mają więcej w portfelu. Wynajmują kogoś do sprzątania, żeby mieć więcej czasu dla siebie. Idą w weekend do restauracji, żeby nie musieć gotować. Synowie i córki Kowalskich idą na lekcje hiszpańskiego i tenisa.

      Właściciel baru, który ma już bardzo dużo klientów, otwiera obok kolejny bar. Właściciel salonu kosmetycznego zatrudnia fryzjerkę. Nauczyciel hiszpańskiego ma dużo zleceń i może sobie pozwolić na wynajęcie kogoś do sprzątania.

      Każdy z nich płaci składki na ZUS i podatki - PIT, VAT, akcyzę.

       

      I nagle bum! Politycy chcąc zwiększyć wpływy du budżetu podnoszą podatki. Kowalski jada już tylko w domu i pije piwo kupione w supermarkecie, bo nie stać go na wyjścia do baru. Restauracja i bar najpierw starają się jakoś utrzymać, redukując personel, potem jednak muszą zostać zamknięte. Kucharze, kelnerzy i barmani nie płacą już ZUS-u i podatków tylko ustawiają się w kolejce po zasiłek. Kowalscy nie mogą sobie już pozwolić na wynajmowanie kogoś do sprzątania ani na lekcje tenisa i hiszpańskiego. Kolejne osoby tracą pracę.

       

      Wpływy do budżetu państwa maleją. Politycy, nie nauczeni doświadczeniem, podwyższają podatki...

       

      Mechanizm prosty, wręcz banalny. Niestety dla niektórych stoi na tym samym poziomie co mowa w obcym języku ("podobno mówi coś ważnego, ale ja nic nie rozumiem").

      Niestety, ci niektórzy, to politycy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Mając pracę dajesz pracę”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      hej_placzolina
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 stycznia 2014 17:03
  • środa, 29 stycznia 2014
    • Jesteś matką, masz intuicję

      Nie przeczytałam żadnego poradnika dotyczącego wychowywania dzieci.

      Rozmyślnie, z premedytacją, nie przeczytałam żadnej książki, która miała by mnie uczyć, kiedy moje dziecko ma jeść (co 3 godziny czy na żądanie), czy ma spać ze mną czy osobno, czy już ma jeść potrawy w postaci większych kawałków, czy tylko papki, czy ma jeść, co mu sama wybiorę, czy co będzie chciało itp. itd.

       

      Dla jasności sytuacji - owszem, przeczytałam kilka artykułów. Dlatego wiem mniej więcej, że Rodzicielstwo Bliskości promuje postawę, że potrzeby każdego w rodzinie mają być zaspokajane, dziecka też, wiem też, że istnieje Tracy Hogg i że napisała bardzo popularne poradniki o wychowaniu niemowląt.

      Nie uważam się też za alfę i omegę i dokładnie notowałam na szkole rodzenia, jaki krem do pupy jest na odparzenia a jaki do codziennej pielęgnacji, jak przemywać oczka i czyścić pępek itp. itd. Słucham rad mojego pediatry, kiedy i jakie pokarmy można już podawać dziecku, na co zwracać uwagę obserwując rozwój dziecka i jakie wykonywać ćwiczenia.

       

      Ale na litość, naprawdę nie uważam, żeby matki, poza skrajnymi przypadkami, potrzebowały poradników do wychowania własnego niemowlęcia.

      Same po jakimś czasie będą wiedziały, czy spać z dzieckiem czy osobno, czy w upał dopajać wodą, czy dawać tylko pierś, jak malucha uśpić i kiedy jest głodny, w co ma się bawić, żeby pobudzić swoją ciekawość świata. A jak nie będą wiedziały, to lepiej wyjdą niejednokrotnie na spytaniu koleżanek, niż na przeczytaniu poradnika. Gwoli ścisłości, tyczy się to też ojców.

       

      O ile jeszcze poradniki traktujące o psychice noworodka i niemowlęcia mogą być przydatne, chociażby po to by obalić funkcjonujące ciągle mity, że "dziecku trzeba dać się wypłakać" i że "dziecku nie należy pozwolić sobą manipulować", to książki przedstawiające rozwój dziecka dzień po dniu mogą zrobić więcej złego, niż dobrego. Owszem, warto wiedzieć kiedy mniej więcej dziecko powinno podejmować poszczególne czynności (chodzenie, raczkowanie, siedzenie) żeby w razie czego udać się w porę do lekarza. Ale można skończyć przejmując się tym, że w poradniku jest napisane, że dziecko ma siedzieć mając x miesięcy, a moje ma x miesięcy i dwa dni i jeszcze nie siedzi.

       

      Dla jasności sytuacji chcę podkreślić, że nie promuję postawy "wiem lepiej i niech się wszyscy odwalą" w każdej sytuacji, Jeżeli nie jesteście czegoś pewni lub coś was niepokoi, naprawdę warto to sprawdzić. Ale raczej mało prawdopodobne, że przegapicie coś niepokojącego. Jeżeli ciotka usiłuje wam wmówić, że coś nie tak z dzieckiem, bo "dziwnie się zachowuje", a wy nie widzicie nic niepokojącego, najprawdopodobniej macie rację. No chyba że ciotka jest wybitnym pediatrą lub neurologiem dziecięcym.

      Doświadczeni lekarze, u których byłam z Płaczoliną, pytali mnie się zawsze, czy nie zauważyłam czegoś niepokojącego, I uznawali to za równie ważne, jak ich obserwacje i badanie dziecka. Pozwalali mi uspokoić dziecko na swój własny sposób, nie uznając, że wiedzą lepiej. Nie widzieli nic złego w tym, że śpię z dzieckiem, jeżeli tylko mi (ani dziecku) to nie przeszkadza.

       

      Więc drogie mamy, więcej wiary w siebie!

      Ojców też się to dotyczy :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      hej_placzolina
      Czas publikacji:
      środa, 29 stycznia 2014 17:41
  • wtorek, 28 stycznia 2014
    • Jestem nie tylko matką!

      Wróciłam do pracy i, jak to często bywa po dłuższej nieobecności, współpracownicy pytają mnie jak odnajduję się w nowej rzeczywistości.

      Jest to jak najbardziej normalny element budowania miłej biurowej atmosfery. Takie krótkie, czasami nawet kilkunastosekundowe small - talk (nie znalazłam polskiej nazwy) mają za zadanie sprawić, żeby pracownicy lepiej się ze sobą czuli, co potem ułatwi im pracę.

       

      Jak już mówiłam, pytania jak się odnajduję, co słychać po powrocie, są jak najbardziej naturalne. Niestety, bardzo często jestem pytana: "Jak tam mamuśka?", "Jak sobie radzi młoda mama?", "Jak dzieciątko" (cytaty dokładne). W tym też jeszcze nie byłoby nic złego, a wręcz można by powiedzieć, że to jak najbardziej normalne pytania, gdyby były zadane raz, przy pierwszym spotkaniu. Ale są osoby, które zadają mi to pytanie dzień w dzień.

      Od ponad dwóch tygodni odpowiadam, że z dzieckiem ok, radzę sobie jako mama i na odczepnego mówię, że się nie wysypiam. Odpowiadam tak niektórym osobom przy każdym spotkaniu.

      Ja rozumiem, że można mieć dość tematów biurowych, a jak się jest z innego działu to nawet nie za bardzo ma się jak na te tematy porozmawiać. Ale na litość boską! Można chociażby rzucić nudną uwagę o pogodzie lub powiedzieć, że dziś był mniejszy lub większy korek (w Warszawie ten temat jest zawsze aktualny). Ja nie jestem tylko matką!

       

      Jestem pracownikiem, kierownikiem średniego szczebla. Jestem córką i siostrą. Jestem zamężna. Mam prawo jazdy na motocykl. Interesuję się fotografią. Nadal lubię czytać książki, choć mam na to znacząco mniej czasu. Jestem kobietą.

      I może w tym jest problem. Bo gdy kobieta zostaje matką, dla niektórych przestaje być kimkolwiek innym.

       

      Ale czy tylko dla innych? Czy też nie dla siebie? Jak często uczestniczki konferencji biznesowych lub naukowych opowiadają o sobie, mówiąc najpierw, że są matkami? Nieważne, że temat konferencji to wydobycie ropy naftowej, nowe odkrycia w mikrobiologii czy życie seksualne pingwinów. Mężczyzna najpierw powiedziałby, kim jest zawodowo. Ewentualną informację o dzieciach dodałby gdyby uznał, że atmosfera konferencji za tym przemawia.

       

      Ile notek biograficznych przy artykułach w prasie kobiecej na początku przedstawia kobietę jako matkę? Zauważcie że w prasie typowo męskiej, układ notek biograficznych dotyczących autorów artykułów lub osób, z którymi przeprowadza się wywiad, jest inny.

       

      To ma też inne, długofalowe skutki. Po co matce podwyżka i awans, gdy ma zająć się dziećmi? Po co matki pytać o zdanie dotyczące planowanych ustaw, gdy one myślą tylko o dzieciach? Po co matka ma rozwijać się intelektualnie i kulturalnie? Do czytania książeczek dla dzieci nie jest jej to potrzebne. I lećmy dalej: Po co kobietom praca? One mają zająć się dziećmi. Po co im prawa wyborcze? Przecież myślą tylko o dzieciach, są matkami, nie znają się na gospodarce, nie mają własnego zdania w kwestiach innych niż dotyczące dzieci. Po co ścigać gwałciciela? Gdyby siedziała w domu i zajmowała się dziećmi, to nic by się nie stało...

      Za daleko pojechałam? Czy aby na pewno?

       

      Wymagasz szacunku dla siebie i traktowania serio - zacznij od własnego wizerunku.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Jestem nie tylko matką!”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      hej_placzolina
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 stycznia 2014 19:47
  • poniedziałek, 27 stycznia 2014
    • Czego nie chcesz usłyszeć od trenera

      - Ta forma nie jest taka zła, jak myślałem, i ostatnio za bardzo zachowawcze ćwiczenia przygotowałem - powiedział trener, a ja uśmiechnęłam się zadowolona, że nie jestem aż tak wielką łajzą.

      - Zwiększymy tylko trochę tempo i trudność ćwiczeń - kontynuował. A ja niedługo miałam się przekonać, że pojęcie "tylko trochę" to bardzo względne pojęcie.

       

      Po pierwszych piętnastu minutach miałam ochotę prosić go, by z jednej maszyny na drugą mnie przenosił, chociażby miał mnie ciągnąć za spocone włosy. Do maty chciałam się czołgać. Na widok hantli chciało mi się płakać.

      Potem było tylko gorzej.

       

      Po skończonych ćwiczeniach przestraszyłam się, że droga z sali do szatni jest zbyt długa i nie dam rady dojść. Powrót do domu był jak podróż na obcą planetę. I to polskim pociągiem osobowym.

       

      Jeżeli przez kilka najbliższych dni nic nie napiszę, znaczy to że leżę i płaczę, bo na nic innego nie mam siły.

      A zaraz, zaraz! Nie płaczę, przecież do płakania trzeba zaangażować mięśnie, a mnie będzie bolało wszystko, nawet końcówki włosów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Czego nie chcesz usłyszeć od trenera”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      hej_placzolina
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 stycznia 2014 23:48

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny