Hej Płaczolina!

Płaczolina w Wielkim Świecie

Wpisy

  • niedziela, 28 września 2014
    • Znieczulica zaczyna się od fejsa

      Zdjęcie kotka albo pieska: 20 lajków.
      Zdjęcie dziecka: 50 lajków.
      Śmieszny obrazek: 5 lajków, 20 udostępnień.
      Udostępniony status znajomego, któremu coś skradziono: 0 lajków, 0 dalszych udostępnień.

      Znieczulica zaczyna się od fejsa. Od czasu wolnego (a czasami czasu "pożyczonego", który powinien być przeznaczony na inne czynności),  z którego nawet 10-20 jakże cennych sekund nie chcemy poświęcić na pomoc dla innych.
      Mamy tysiąc wymówek: zmęczony jestem, nie chce mi się, niech to ktoś inny zrobi, to nic nie da. Nie pomyślimy nawet że nasz - nic nie kosztujący gest jak udostępnienie statusu kogoś kogo okradziono - może w rezultacie przynieść korzyść poszkodowanemu, bo po piątym czy dziesiątym udostępnieniu ktoś może rozpoznać skradzioną rzecz np. w komisie.  Nie nasz problem, nas nie dotyczy.

      Nie naszą żoną jest ciężarna, czekająca w kolejce - zdrowo wygląda, więc postoi. Nie naszym problemem jest niepełnosprawny wtaczający się na wózku pod górę stromego wyjścia z metra - facet daje radę przecież, niech ktoś mu pomoże, ja się spieszę do pracy. Nie przytrzymamy drzwi windy komuś, kto do niej biegnie, bo dzięki temu będziemy na miejscu szybciej o 20 sekund.

      Znieczulica zaczyna się od fejsa, od czasu wolnego, od małych rzeczy jak przytrzymanie drzwi windy, pomoc przy wejściu do autobusu. A małe rzeczy z czasem zamieniają się w duże.
      Nie masz czasu odnieść na policję znalezionego portfela, więc nawet nie podnosisz go z chodnika. Nie zatrzymasz się do stłuczki jako świadek - to tylko stłuczka, nic się nie stało. Nie zatrzymasz się do pieszego potrąconego na pasach - tyle samochodów wokół, niech zrobi to ktoś inny.

      Pewnego dnia to ty spóźnisz się na spotkanie, bo ktoś nie przytrzyma ci windy, zgubisz portfel i nigdy go nie odzyskasz, będziesz leżał na poboczu potrącony przez samochód i zastanawiał się, kiedy ktoś zatrzyma się i ci pomoże. Będziesz płakał, złorzeczył i klął. Powiesz, że to wszechobecna znieczulica.
      Wszyscy ci, którzy nie pomogli, też myśleli, że zrobi to ktoś inny.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Znieczulica zaczyna się od fejsa”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      hej_placzolina
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 września 2014 10:39
  • sobota, 27 września 2014
    • Barwny przedział w pociągu PKP

      Gorące lipcowe powietrze, rozgrzane chodniki, wiatr gdzieś w panice schował się przed mocnym słońcem. Każdy haust powietrza powoduje, że masz wrażenie, że płuca pocą ci się w środku.
      PKP przy tej pogodzie jest torturą. Pociągi, z których zawsze wychodzi się brudnym, nieważne jak krótka była podróż, są teraz duszne, wilgotne. Powietrze w nich stoi, ludzie czasami też.

      Elegantka siedzi przy oknie. Pomimo upału na koszulkę narzuciła sweter oversize. Niby letni, niby ażurowy, ale w tych warunkach dodaje co najmniej 10 stopni ciepła. Nie może go zdjąć, bo przestała by być delikatną, elegancką młoda kobietą, a została zwykłą dziewczyną w jeansach i podkoszulku. Ten sweter został starannie dobrany, jak i biżuteria, fryzura (niby prosta, ale tak idealna, że musiała kosztować masę pracy), delikatny makijaż, który tylko kobieta dostrzeże. Tak samo dobrany został
      wyraz twarzy, ruchy rąk, delikatne wydęcie warg, byle tylko nie kojarzyć się z wulgarnymi "dziubkami".  Gdy prosi, by pomóc jej zdjąć walizkę, układa usta w mały ciup i lekko sepleni. Zaraz się poprawia,  przecież damie nie wypada! Ale to specjalne, mające sugerować delikatność i kruchość, wydęcie ust nie współgra z wyraźną mową.
      Dużo wysiłku wkłada w swój wizerunek. Tak dużo, że na bycie sobą już nie starcza.

      Obok siedzą dwaj Nastoletni Chłopcy. Zagubieni trochę w życiu, mają torby z wizerunkami postaci z mangi. Są spokojni, grzeczni, kulturalni i wystraszeni. Wystraszeni tym rodzajem strachu jaki odczuwa nastolatek który nie pasuje do swojej grupy, a dodatkowo znalazł się wśród zawsze obcych dorosłych. Teraz kształtuje się ich postawa do świata. Oby ich spokój nie pozwolił narzucić im cudzej woli, oby dalej pielęgnowali swój nonkonformizm.

      Gdy Chłopcy wyszli na ich miejscu usiadł Zwykły Facet. Z brzuchem i ze zrezygnowaniem. Załatwił jeszcze coś przez telefon i usnął, mimo męczącego upału, mimo gwaru. Zmęczenie i stres zostawił za sobą.

      Dziewczyna Obok też chce po prostu przetrwać podróż. Czyta książkę, nie pamiętam tytułu, ale pamiętam że mnie też się podobała. Nasze argumenty za otworzeniem okna upadają: Elegantka ma problem żeby się odezwać i zachować swój wystudiowany wyraz twarzy, Biurwy kraczą, że są chore. Dziewczyna przełącza się w Tryb Przetrwalnikowy i trwa tak całą podróż.

      Biurwy z PRL są jak żywcem wyjęte ze stereotypu. Biurwa Światowa opowiada Biurwie Chorej, że "widziała rzeczy bo jeździła po świecie". Temat się szybko wyczerpał bo Biurwa Światowa nie potrafiła powiedzieć, co widziała i gdzie.  Obie biurwy mają około 60 lat, ale wiek nie ma tu akurat znaczenia.
      Biurwa Światowa zakłada okulary do rozmowy przez telefon, wierci się i chrząka starając się tym nadać sobie powagi. Je pomidorka obierając starannie ze skórki, bo musi jakoś zabić czas. Na Biurwę Chorą zrzuca brzemię swojej światowości i powagi, znajdując zrozumienie i wspólny język.
      Biurwa Chora zakłada kołnierz ortopedyczny jak tylko ktoś chce otworzyć okno. Zaraz potem go zdejmuje. Obie narzekają na upał, na gorąc, na duchotę, ale żadna nie zgodzi się na uchylenie okna. Taki paradoks.

      Na korytarzu podpici Krzykacze przechwalają się przed tłumem, który tylko oni widzą wokół siebie. Sądząc z urywków wykrzykiwanych zdań, był lub będzie jakiś mecz. Obok Dziewczyny, jak z kolejnego stereotypu, w ubraniach krótkich, świecących. Śmieją się jak tylko Krzykacze wykrzykują, że Dziewczyny mają wygolone areny.
      Krzykacze wysiadają, Dziewczyny zostają i jadą dalej. Przyzwyczaiły się już do tego, że nikt nie kontynuuje znajomości, nikt nawet nie zapyta o imię.

      Starszy Pan w przedziale jest zagubiony, dopóki Starsza Pani nie przyjdzie z innego przedziału i nie powie mu, że ma usiąść i zdjąć wierzchnie okrycie.
      Gdy tylko Krzykacze wyjdą, Biurwy i Starszy Pan odnajdują swój żywioł. W konsekwencji okazuje się, że zachowaniu Krzykaczy winny jest Owsiak i jego hasło "róbta co chceta".

      Biurwy i Starszy Pan radośnie obgadują potem siedzące w koncie dwie głuchonieme dziewczyny,które przysiadły się na kolejnej stacji. Biurwa Światowa widocznie nie nauczyła się podczas swoich wojaży, że głuchoniemi potrafią czytać z ust i mówi, co myśli. Zachęcona reakcjami słuchających Biurwy Chorej i Starszego Pana wali prosto z mostu. Teraz TAKIE rośnie i się je uczy mówić, teraz TAKIEGO się nie izoluje. Ba! TAKIE mogą nawet pracować na kasie w supermarkecie!

      A Głuchonieme siedzą w kącie i żywo rozmawiają rękami. Jedna szczupła, z mimiką tak ekspresyjną, że można by obdzielić pięć osób i jeszcze by zostało. Druga mocno przy kości, ale tak pogodna i optymistyczna, że samo patrzenie na nią powoduje, że poprawia się humor. Przyzwyczaiły się już widocznie, że rozmawia się przy nich jakby ich nie było i nie zwracają uwagi na plotkujące towarzystwo. Nie wiem o czym rozmawiały, ale sądząc z mimiki, sądząc z gestów, wymachów rąk, ich życie jest naprawdę bardzo emocjonujące i ciekawe.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Barwny przedział w pociągu PKP”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      hej_placzolina
      Czas publikacji:
      sobota, 27 września 2014 09:14
  • czwartek, 18 września 2014
  • środa, 17 września 2014
    • Nie ma szklanych sufitów!

      Nie ma szklanych sufitów! - radośnie pieją prezeski, dyrektorki i członkinie zarządów. Te, którym owe sufity udało się przebić. Dla nich nie ma - pokonały je jak kolejną przeszkodę na drodze do awansu, zamknęły ten etap za sobą i jako dziarskie i energiczne businesswoman bagatelizują je umyślnie, jak każdą przeszkodę, którą wypada umniejszyć, żeby pokazać światu, jakim się jest dobrym (pardon: profesjonalnym).

      Kolejny wywiad, kolejny branżowy biuletyn w moich rękach i kolejna kobieta, która odniosła sukces twardo twierdzi, że szklane sufity to bajka wymyślona przez jej leniwe koleżanki.
      Ale jak przyznać się do tego, że jednak istnieją, skoro samemu się je tworzy?
      Otóż w tworzeniu szklanych sufitów, w utrudnianiu awansów kobiet, inne kobiety są niemniej gorliwe niż mężczyźni.

      Nie jestem psychologiem, nie wiem jak nazywa się taki mechanizm, dla mnie to poprawianie na siłę własnego mniemania o sobie. Jeżeli jakiś psycholog to czyta, niech dorzuci fachowe spojrzenie na to, co właśnie opiszę:
      Uważasz jedną grupę społeczną (mężczyzn) za lepszą i bardziej uprzywilejowaną niż ta, do której należysz (kobiety). Nie masz dobrego mniemania o swojej grupie, dałaś się omamić stereotypom społecznym, tłoczonym ci do głowy od przedszkola. Ale masz ambicje. Uważasz się za lepszą niż inni ludzie, nie tylko inne kobiety. Pniesz się w górę, zaciskasz zęby i ze sztucznym uśmiechem pokonujesz przeszkody. Awansujesz. W końcu, po wielu trudach i wyrzeczeniach, gdy pracowałaś trzy razy dłużej, cztery razy lepiej i pięć razy bardziej wydajnie niż koledzy, po fantastycznych prezentacjach, z mocnym makijażem tuszującym cienie pod oczami powstałe z niewyspania, stajesz na podium dla zwycięzców. Przyjęto cię do elitarnego grona, do którego trafiają przeważnie sami mężczyźni.
      Twoja samoocena rośnie a maleje jeszcze bardziej ocena własnej płci. Skoro mi się udało, im też może! - myślisz. Chcesz jeszcze bardziej się dowartościować, pokazać że jesteś lepsza od całego grona głupich gąsek i niuń, którymi są przedstawicielki twojej płci i nie awansujesz już żadnej z nich. Nawet tych lepszych od siebie, a właściwie ZWŁASZCZA tych lepszych od siebie...

      Prawda jest okrutna. Panie managerki, dyrektorki i prezeski często nie lubią innych kobiet. Im wyżej w hierarchii, tym nie lubią bardziej. Wolą otaczać się mężczyznami.

      Ostatni biuletyn korporacyjny, jaki wpadł mi w ręce i który poruszał ten temat, napisany był przez pracowników firmy, w której kiedyś pracowałam. W której szklane sufity były naprawdę bardzo widoczne.
      Na najniższych stanowiskach jest mniej więcej po równo przedstawicieli obydwu płci. Po pierwszych awansach proporcje się odwracają - w firmie zostaje więcej kobiet. Pomimo morderczych godzin pracy cenią sobie to, że dużą część pracy mogą wykonać z domu. I z przeważającej liczby kobiet na wyższe stanowiska awansowani są pojedynczy mężczyźni.
      Argument, że są lepsi odpada. Firma tych, których uznaje za gorszych, pozbywa się bez zająknięcia.

      W biuletynie, o którym wspomniałam, kolejna kobieta, której udało się przebić szklany sufit z uśmiechem na ustach opowiada, że on nie istnieje. Kolejna która potem surowiej będzie oceniała podwładne niż podwładnych, która wstawi się za awansem kolegi, ale na rozmowie o awansie koleżanki, gdy nie będzie mogła znaleźć argumentu merytorycznego posłuży się czymkolwiek, nawet kłamstwem, byleby ów awans uniemożliwić.
      A potem udzieli wywiadu.
      Nie ma szklanych sufitów - powie. Kobiety same nie sięgają po wyższe stanowiska, same nie upominają się o swoje. Same są sobie winne!

      Nie ma biedy na świecie, głodujące dzieci w Indiach są same sobie winne, że nie garną się do pracy.
      Nie ma ryzyka globalnego ocieplenia, przecież zima była sroga.
      W Polsce nie ma podziemia aborcyjnego, przecież statystyki pokazują że aborcji jest mało.
      Nie ma szklanych sufitów, ja nic takiego nie zauważyłam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Nie ma szklanych sufitów!”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      hej_placzolina
      Czas publikacji:
      środa, 17 września 2014 10:01
  • wtorek, 16 września 2014
    • Jak singielka z korporacji

      Jak singielka z korporacji... No właśnie jak?
      Utarło się, że jak singielka, to z korporacji, w drogim apartamencie, z kotem, torebką od Prady i butami od Jimmy'ego Choo. Media zwłaszcza upodobały sobie ten stereotyp i złośliwe komentarze, że bez związku i bez dzieci singielka żyje sobie wygodnie i pusto.

      Nie robiłam żadnych badań, nie znam żadnych statystyk, ale tak się składa że mam wiele koleżanek - singielek. Nijak nie pasują one do tego stereotypu, choćby naciągać fakty na wszystkie możliwe sposoby.

      Są to dziewczyny śmiałe, wygadane, albo nieśmiałe i ciche. Wysokie, niskie, grube, chude. Ubrane lepiej lub gorzej, ładniejsze i brzydsze.
      Nijak nie pasuje do nich ani ta torebka ani te niebotycznie drogie buty.  Mieszkania mają "zwykłe", okupione kredytem i mnóstwem czasu poświęconym na to, żeby je urządzić w miarę tanio ale z gustem. Żadna nie ma kota. Część pracuje w korporacji, część nie, w zależności gdzie udało im się pracę znaleźć.
      Były w lepszych lub gorszych związkach.

      Łączy je jedno - żadna nie godzi się na to, żeby być z byle kim, byle gdzie, byle tylko być.
      Nie znaczy to że mają niebotyczne wymagania i chcą Adonisów z prezesowską pensją. Patrząc po ich poprzednich partnerach chciały by po prostu ciekawego życia, ambitnego mężczyzny, który będzie z nimi na dobre i na złe. Ot, takie zwykłe babskie zachciejstwa, typowe cechy, wymieniane praktycznie przez większość pań.

      Część wyłamała się z postanowienia, że nie będzie z kimkolwiek za wszelką cenę. I dobrze nie jest. Po początkowej euforii i zamieszczanych wszędzie gdzie się da zdjęciach "jacy to my jesteśmy szczęśliwi" zapadła cisza jak makiem zasiał. Nie ma się czym pochwalić, nie ma szczęścia. Historia skończyła się typowo.

      Dlaczego są więc same? Dziewczyny ciekawe, ambitne. I wcale - wbrew stereotypowi - nie apodyktyczne i władcze, a już na pewno nie "zimne". Bardzo kobiece. Nauczyły się radzić sobie ze wszystkim same, ale wolałyby żeby ten samochód do mechanika jednak ktoś za nie oddał. I żeby ktoś wieczorem przytulił, posłuchał o problemach w pracy, podał herbatę do łóżka, gdy gorączka. Czasami, patrząc na Płaczolinę, mówią cicho, że też by chciały dziecko, ale nie ułożyło im się...

      Gdzieś w życiu rozminęły się z czymś ważnym? Nie pasują? A może za bardzo wybrzydzają? Nie wiem.
      Może mężczyźni chcieli by zbyt wiele - by było jak u mamy, by nie musiał nic robić, nie tylko prać i prasować ale też tego samochodu do mechanika oddawać, bo ktoś za niego to zrobi? Nie wiem.
      A może chcieliby modelek o nogach aż do szyi, ważących 30 kg przy 180 cm, a do tego jeszcze elokwentnych i oczytanych? Nie wiem.

      A może to zwykły brak szczęścia? Nacisk społeczeństwa i strach przed byciem "starą panną" zelżał. Już nie musi się za wszelką cenę brać z kimś ślubu.
      Jak nie masz szczęścia spotkać kogoś sensownego, po prostu żyjesz sam. Nie jest to miłe, ale czy alternatywa bycia z kimś za wszelką cenę naprawdę jest warta poświęcenia? Czy kilka miesięcy lub tygodni ułudy że żyjemy w szczęściu jest warta późniejszej depresji i gnicia w toksycznym związku?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Jak singielka z korporacji”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      hej_placzolina
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 września 2014 07:28

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny