Hej Płaczolina!

Płaczolina w Wielkim Świecie

Ogólne

  • środa, 13 lipca 2016
  • poniedziałek, 17 sierpnia 2015
    • Kultura znowu dla bogatych

      Jakieś dwa miesiące temu postanowiliśmy wziąć naszą dwulatkę na pierwszy spektakl teatralny.

      Spektakl wzbudził ogromne zainteresowanie Płaczoliny, że aż przejęta do końca nie wypuściła biletu z zaciśniętej piąstki.

      Natomiast nas - dorosłych - zainteresowało bardziej to, co się ze spektaklem wiązało, a mianowicie cena biletów.

       

      Pierwsza cena, jaką usłyszeliśmy - 45 zł, jeszcze jakoś dała się przeżyć (dopóki nie weszłam na salę i nie zobaczyłam, że maluchy siedzą w duchocie, w jakiej trudno było wytrzymać nawet nam, dorosłym). Ale następnie okazało się, że taka sama stawka obowiązuje też dla opiekuna. Nieważne, że nikt z dorosłych nie wybrałby się na to sam, nawet pomimo starań aktorów by czasami "puścić oko" do dorosłej publiczności (i np. robić sobie selfie rzodkiewką).

      Biorąc pod uwagę, że dzieciaków w wieku 1-5 lat nikt samych nie puści, cena biletu rośnie nam de facto nawet do 90 zł, jeżeli przyjdziemy z jednym dzieckiem.

       

      Drugie nasze zdziwienie - każdemu opiekunowi dziecka trzeba wykupić bilet. Tak więc jeżeli obydwoje rodzice chcą zobaczyć, jak ich dziecko przeżywa pierwsze spotkanie z teatrem, taka przyjemność będzie ich kosztowała 135 zł.

       

      Niedawno wzięliśmy małą na pierwszy seans kinowy. W multipleksie też trzeba było zapłacić za każdą osobę, ale za naszą trójkę zapłaciliśmy łącznie 36 zł. Różnica jest znacząca.

       

      Znowu wyższa kultura jest tylko dla tych, których stać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Kultura znowu dla bogatych”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      hej_placzolina
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 sierpnia 2015 17:15
  • niedziela, 19 kwietnia 2015
    • Kup sobie szczęście na wiosnę

      "Pokochaj siebie na wiosnę" - krzyczy reklama na siłowni.

      Już za 190 zł nauczą cię, że nie musisz być idealną, nie musisz mieć wysokiej pozycji w pracy przed trzydziestką, wiedzieć, dlaczego jarmuż jest zdrowy, dobierać zawsze ubrań do sylwetki a makijażu do urody, fryzury i butów. Nie musisz mieć czysto codziennie, płaskiego brzucha i cycków aż pod brodę.

      Już za 190 zł pokażą ci, że możesz mieć plany i nadzieje.

      Niecałe 200 stówy nauczą cię szacunku do samej siebie.

       

      Tylko czy nie można się tego nauczyć za darmo?

       

       

      Żyjemy w czasach poradników, warsztatów i coachów. Jak nie wiesz, jak być szczęśliwym w związku, jak wykorzystać swoją inteligencję emocjonalną, jak być asertywnym, jak piąć się po szczeblach kariery, jak rzucić karierę i wyjechać w Bieszczady, nie przejmuj się. Pójdź na warsztat albo kup książkę.

      Jak jesteś bogatszy, zatrudnij sobie coacha. Powie ci, co sam już wiesz, tylko zgarnie za to kasę. Niemałą. Może wtedy uwierzysz w to, co już wiesz. Bo skoro drogie, to musi być dobre, 

       

      A swoje przekonania i wiedza, to jakieś nie takie. Bo nie poparte certyfikatem trenera osobistego, instruktora kariery czy mówcy motywacyjnego. I za darmo. Tanie znaczy. A co tanie to takie jakieś niefajne.

       


      Z drugiej jednak strony my kobiety bardzo dobrze wiemy, jak siebie niekochać. Mamy lata doświadczenia w staraniu się być boginiami w domu, pracy, łóżku. Codziennie certyfikujemy się w wyrzutach sumienia, że nie jesteśmy wystarczająco dobrymi matkami, żonami, kochankami, pracownicami, kucharkami, czytelniczkami, kierowcami, sprzątaczkami, opiekunkami, siostrami, córkami, ciotkami. Wyrzucamy sobie te dwie minuty na kawie i nowy lakier do paznokci. Zawsze co swoje, odkładamy na potem. Bo dzieci, rodzina, praca. Bo to takie głupie marzenie tylko, bo w tym wieku to przecież, bo matce nie wypada, bo mąż ciężko pracuje, bo ktoś musi, a kto, jak nie ja?

       

      Może jednak ten coach to nie taki głupi pomysł. Tylko tym coachem, babo, powinnaś być ty sama!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Kup sobie szczęście na wiosnę”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      hej_placzolina
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 kwietnia 2015 22:56
  • czwartek, 12 marca 2015
    • Tatry zimą

      Idę, włóczę się noga za nogą. Nie mam już energii, choć dopiero zaczęliśmy. Po kilku godzinach będę szła siłą ambicji, bo innej siły już nie będzie...

      Zapadam się czasami w śniegu po pachwiny. Czasami łydki bolą mnie jak cięte nożem, gdy po bardziej stromym kawałku, wyślizganym dodatkowo przez kogoś, kto nie dał rady zejść (więc zjechał na tyłku :-) muszę się wspiąć używając raków.

       

      Patrzę się pod nogi, nie mam siły podziwiać widoków. Gdy mija nas grupka narciarzy biegowych, którzy poruszają się dużo szybciej niż ja, Seru usiłuje mnie pocieszyć:

      - Idą szybko i nie podziwiają widoków, tak jak ty.

      - Ja się patrzę pod nogi... - wysapuję.

       

      Pierwszego dnia na szczyt wdrapywaliśmy się po zmroku, przy blasku księżyca. Wiatr wiał śniegiem w twarz.

      Drugiego dnia dziewięcioosobowa grupa przed nami zrezygnowała z wchodzenia, bo szlak był nieprzetarty, masy śniegu i kosodrzewina powodowały, że 10 metrów czasami pokonywało się w 30 minut. Przetarcie szlaku przypadło więc nam, a właściwie głównie Serowi. Następnego dnia nie mogłam zejść ze schodów bez bólu...

       

      Ale było warto. Satysfakcja z wejścia, nawet tak powolnego jak moje, ogromna. Widoki - cudowne (czasami jednak udało się rzucić okiem).

      Tatry w styczniu, bo o nich jest ten wpis, są piękne. Dużo mniej ludzi, mniej komercji, przyroda. Wysiłek przesuwający granice wytrzymałości, kotlet i grzane wino w schronisku... dlatego teraz czekają na mnie Tatry marcowe. Czy będą tak samo urokliwe? Zobaczymy.

       

      tatry

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Tatry zimą”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      hej_placzolina
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 marca 2015 16:01
  • środa, 11 marca 2015
    • Rzecz raz odłożona..

      Rzecz raz odłożona, dalej odkłada się sama.

       

      Bo tu to, a tu tamto, a potem się zrobi, a nie mam weny, a w sumie to nie wiem i znowu zapomniałam.

      A potem się okazuje, że wstyd na własnego bloga wejść, bo jeszcze się w oczy rzuci data ostatniego wpisu. I wytłumaczenia na nią nie będzie.

      I nic dziwnego, że nikt tego nie czyta, bo co ma niby czytać?

      Wypadałoby teraz konstruktywną samokrytykę, i obietnicę poprawy, i pół ekranu wymówek, ale nie będziemy ściemy walić.

       

      Zresztą, jeszcze się okaże, że wylezą zamiecione pod ten jedyny dywan w domu, też mocno odkładane postanowienia i rzeczy do załatwienia.

      Na przykład postanowienia o niejedzeniu słodkości. No więc, jeżeli do słodkości nie zaliczymy szarlotki, czekolady, pączków, pierniczków i na pewno jeszcze czegoś, to można by nawet powiedzieć, że spełnione.

      Albo takie odgruzowanie domu. Jeżeli zapomnimy o milionie rzeczy "bo nad tym się jeszcze zastanowię" albo "to się jeszcze przyda" to właściwie też już załatwione.

       

      To może ten dywan jednak nie taki straszny :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Rzecz raz odłożona..”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      hej_placzolina
      Czas publikacji:
      środa, 11 marca 2015 18:57

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny